Jeśli odcedzić zapalczywość i niesprawiedliwość autora, można dostrzec w książce Stanisława Obirka, byłego księdza katolickiego, rzeczywiste problemy kościelne
Nie jest łatwo pisać o tej książce. Sam jej bohater przyznał w "Rzeczpospolitej", że jest ona "subiektywna, miejscami jednostronna, a może nawet gniewna". Nic więc dziwnego, że wywołuje ostre reakcje.
Spotkałem się dotychczas z trzema sposobami odczytania książki Stanisława Obirka. Z jednej strony są ci, którzy w pełni sympatyzują z autorem, ciesząc się, że nareszcie ktoś miał odwagę powiedzieć pełną prawdę o problemach polskiego Kościoła. W tej wersji Stanisław Obirek staje się zatem upragnionym ewangelicznym prorokiem odsłaniającym zakłamaną rzeczywistość polskiego katolicyzmu. Owszem, zachowuje się może trochę naiwnie, niczym dziecko wołające: "Król jest nagi!". Wołanie to ma jednak wielkie znaczenie, bo nikt do tej pory tak wyraźnie i stanowczo tej prawdy nie wypowiedział.
W konserwatywnej wersji odczytania książki dowiadujemy się, że mamy oto do czynienia z ujawnieniem się pełnej, kompromitującej prawdy o liberalnym skrzydle polskiego katolicyzmu. Eksjezuita objawia destrukcyjny charakter modernistycznych poglądów na Kościół. Zaczyna już bardziej wierzyć w demokrację niż w Chrystusa. Z tego wniosek - dobrze, że odszedł ze stanu duchownego, przynajmniej nie będzie ludziom w głowach mącił.
Jest jednak i trzeci sposób odbioru tej książki i całej historii Stanisława Obirka. Spotkałem się z nim w rozmowach z wieloma świeckimi katolikami, także nastawionymi mocno krytycznie wobec polskich realiów kościelnych, które Obirek opisuje. W tym sposobie odbioru dominuje smutek i żal. Smutek, że wszystko przebiega właśnie w taki sposób - że Staszek odchodzi z zakonu i kapłaństwa, wiąże się z zamężną kobietą, że zamiast trochę dobrowolnie pomilczeć, natychmiast udziela wywiadu pełnego ostrych sądów i opinii jawnie niesprawiedliwych, że takie to wszystko niesmaczne, a przecież "kwestia smaku" była Obirkowi bliska. Żal, że zabraknie wśród polskiego duchowieństwa jednego z niewielu przecież księży, którzy lubią chodzić po obrzeżach Kościoła i tam szukać ludzi. Jest to wreszcie żal, że książka wcale nie ułatwia podjęcia poważnej rozmowy o realnych problemach, które Obirek opisuje.
Jak niedobre kazanie Ten trzeci sposób myślenia jest mi bliski. Lektura książki była dla mnie doświadczeniem trudnym i bolesnym. Po prasowych zapowiedziach spodziewałem się - powiem szczerze - czegoś dużo gorszego. Jest więc zaskoczenie in plus - miejscami mamy do czynienia z poważną rozmową i istotnymi argumentami. W sumie sądzę jednak, że jeśli lektura tej książki może być pożyteczna, to jedynie zgodnie z dość wymagającą zasadą, że nawet z najgorszego kazania można wynieść jakiś pożytek duchowy.
"Przed Bogiem" nie jest bowiem książką dobrą, solidnie przygotowaną i przemyślaną. Wywiad jest źle przeprowadzony - Andrzej Brzeziecki i Jarosław Makowski za bardzo się zgadzają ze swym bohaterem. Jak wyraził się ks. Adam Boniecki, za dobrze im się rozmawiało Książka jest źle zredagowana, zdarzają się nawet kilkakrotne powtórzenia tych samych myśli w różnych miejscach. I autorzy wywiadu, i ich rozmówca są, niestety, niechlujni, jeśli chodzi o fakty. Liczą się dla nich przede wszystkim poglądy. Nie proszą Obirka bohatera o uzasadnienie nawet opinii obraźliwych, np. gdy mówi, iż kard. Macharski przyszedł na pogrzeb o. Stanisława Musiała "po to, by kontrolować, co zostanie powiedziane. Albo by nic nie zostało powiedziane".
Nawet opisy wydarzeń historycznych czy prezentacja oficjalnego stanowiska Kościoła w różnych sprawach są często nierzetelne. Dotyczy to zarówno drobiazgów (np. w Jedwabnem w lipcu 2001 r. byli inni księża, niż mówi Obirek), jak i spraw zasadniczych (treść dogmatu o nieomylności papieża brzmi inaczej, niż czytamy w książce; wbrew temu, co mówi Obirek, dyskusje o roli Maryi istniały w pierwszych wiekach Kościoła, Jan Paweł II wielokrotnie mówił katolikom, jak ważni są dla nich Żydzi itd., itp.). Gdybym miał tylko wypisać z książki wszystkie zdania, które zakreśliłem jako nierzetelne co do faktów, zajęłoby to całą niemal objętość niniejszego tekstu. Nawet jeśli Stanisław Obirek znany jest z niefrasobliwości w wypowiadaniu swoich sądów, to Jarosław Makowski jest kompetentnym teologiem, obaj z Andrzejem Brzezieckim są zaś sprawnymi dziennikarzami i potrafiliby wszystko szybko sprawdzić. Nie było to jednak dla nich ważne. Ilość tego typu błędów, a także opinii jawnie niesprawiedliwych, jest w książce wyjątkowo denerwująca. Na dodatek przecież Obirek jest traktowany jako ofiara intelektualnej odwagi. Odwagi mu, owszem, nie brakuje. W myśleniu niezbędna jest jednak jeszcze rzetelność. W krytyce także.
Spieraliśmy się ze Staszkiem - także publicznie, m.in. w warszawskim Klubie Inteligencji Katolickiej - o to, jak krytykować Kościół. Śmiałem się, że przypominało to trochę rozmowę Seweryna Jaworskiego z Tadeuszem Mazowieckim, gdy po swoim internowaniu po raz pierwszy spotkali się na więziennym spacerniaku. "I co, panie Tadeuszu, nie mówiłem, że trzeba było ostrzej?" - zarzucił Mazowieckiemu radykalny działacz mazowieckiej "Solidarności". "A nie mówiłem, panie Sewerynie, że trzeba było mądrzej?" - odparł przyszły premier.
Obirek chciał być takim Sewerynem Jaworskim, który uważa, że aby ruszać z posad skostniałą bryłę Kościoła, potrzeba działań i opinii radykalnych, wyrażanych nawet ostro, gniewnie i niesprawiedliwie. Krytyki łagodnej bowiem nikt nie usłyszy. Ja wolałem - a po lekturze "Przed Bogiem" tym bardziej wolę - robić to po swojemu. Dostrzegam zresztą coraz wyraźniej, że różnice dotyczą nie tylko sposobu wyrażania krytyki, ale także meritum.
Czym jest chrześcijaństwo? Gdy w kwietniu 2004 r. ks. Obirek został zaproszony na spotkanie Komisji Episkopatu Polski ds. Dialogu z Niewierzącymi, wygłosił jedno z wystąpień na temat „Wolność wierzących, wolność niewierzących”. Doszło tam m.in. do ciekawej kontrowersji między nim a innym duszpasterzem bliskim wielu ludziom niewierzącym i poszukującym ks. Andrzejem Lutrem. Ks. Obirek mówił o swoim odejściu od potrzeby nawracania ludzi niewierzących i przyjęciu postawy zaciekawienia innością. Luter nie zgadzał się z tą postawą, mówiąc: „Owszem, jestem zaciekawiony niewierzącymi, nie usiłuję ich na siłę »duszpasteryzować « ani nawracać, nie zastawiam na nich pułapek duszpasterskich, ale jest we mnie jednak ciągłe pragnienie, żeby oni wrócili do Kościoła (bo najczęściej są to ludzie ochrzczeni i wychowani w Kościele, którzy od niego w pewnym momencie odeszli). Cieszyłbym się, gdyby odnaleźli swoje miejsce w Kościele”.
Tym, co wówczas poróżniło dwóch duszpasterzy - a obaj są bardzo wiarygodni dla ludzi niewierzących - była sprawa zasadnicza. Luter nie tylko cieszyłby się z powrotu niewierzących do wiary i Kościoła, ale gotów był ten proces wspierać, rzecz jasna, nigdy wbrew woli zainteresowanego. Obirek natomiast chciał pozostać tylko zainteresowanym obserwatorem. W omawianej książce ta postawa też jest kilkakrotnie przedstawiona. Wydaje się, że Staszek interesował się przekonanymi agnostykami czy ateistami. Nie zwracał natomiast uwagi na to, że istnieją także ludzie poszukujący i zagubieni, którym trzeba zanieść Dobrą Nowinę. Nie chciał być postrzegany jako duszpasterz.
Ta postawa, niestety, przekroczyła u niego granicę, której - zwłaszcza w przypadku duchownego - przekroczyć nie powinna. Wybór wiary czy niewiary stał się dla niego sprawą wtórną: "podział wierzący - niewierzący przestał być dla mnie istotny". Bardzo wysoko ceniłem decyzję Obirka jako redaktora naczelnego kwartalnika "Życie Duchowe" o zapraszaniu na jego łamy ludzi niewierzących. Dzięki temu ciekawie pokazywał czytelnikom, że duchowości nie można sprowadzać do pobożności. Wydaje się jednak, że Staszek wpadł przy okazji w pułapkę sprowadzenia życia duchowego do dylematów intelektualnych. W książce Obirek wyznaje, że uznaje chrześcijaństwo za "dość spójny system przekonań, który pozwala mi sensownie przeżywać swoje życie". Dla mnie systemem przekonań chrześcijaństwo jest w sensie wtórnym. Przede wszystkim jest to spotkanie z żywym Bogiem, który wychodzi człowiekowi na spotkanie - tak blisko, że staje się człowiekiem, że za nas umiera, że otwiera nam perspektywę wieczności.
Obirek ma pretensje do Benedykta XVI, że mówi, iż bycie chrześcijaninem daje szczęście. Jest to jakoby przejaw braku gotowości do uznania, że istnieją także inne opinie. Ale po cóż byłoby chrześcijaństwo, gdybyśmy nie mieli głosić, że spotkanie z Chrystusem daje szczęście?
Przed Bogiem czy przed ludźmi? "Przed Bogiem" - tak brzmi tytuł książki. Sugeruje to wyznanie pełnej prawdy o sobie, powiedzenie wszystkiego, niczym w konfesjonale lub raczej na osobistej modlitwie. Ks. Adam Boniecki w posłowiu napisał nawet, że "ta książka jest wyznaniem [ ] z wyznaniem się nie polemizuje". To stwierdzenie ks. Bonieckiego wydaje mi się nieporozumieniem. Ta książka bowiem nie jest wyznaniem.
Doświadczenie życiowe - także znajomość kilku księży, którzy odeszli ze stanu kapłańskiego - podpowiada mi, że to, co możemy przeczytać w książce, nie jest pełnym opisem odchodzenia Staszka z zakonu. On miałby o sobie jeszcze wiele do opowiedzenia, ale z różnych powodów tego nie robi. Nie jest to zatem wyznanie pełnej prawdy "przed Bogiem", to jest raczej wytłumaczenie się Obirka "przed ludźmi", dlaczego nie chce już być jezuitą ani księdzem.
W książce "Przed Bogiem" nie znajdziemy zwłaszcza śladów walki duchowej, wewnętrznego życiowego dramatu. A przecież każde odejście ze służby kapłańskiej jest dramatem, wiąże się przecież z zakwestionowaniem jednego z najważniejszych życiowych wyborów. Jeśli już zdarzają się w książce pytania bardziej osobiste, Staszek konsekwentnie udziela odpowiedzi powierzchownych. Równie konsekwentnie podkreśla, że w nowej roli jest mu dobrze, bo wreszcie czuje się wolny. Opowiada, że chodzi tylko o konflikt z instytucją gwałcącą zasadę wolności wypowiedzi, która dla niego samego ma zupełnie fundamentalne znaczenie. Nie twierdzę, że to nieprawda. Ale sądzę, że nie jest to pełna prawda.
"Moje kłopoty z Kościołem - mówi Obirek - brały się stąd, że zawsze dystansowałem się od zbyt jednoznacznych ocen". Moje kłopoty z Obirkiem brały i biorą się z tego samego: że zazwyczaj dystansuję się od ocen zbyt jednoznacznych. U niego zaś mamy prawie wyłącznie jednoznaczne kategoryczne stwierdzenia. Słowa "nigdy", "zawsze", "wszyscy", "nikt" są w języku Staszka na porządku dziennym. Wiadomo zaś, jak rzadko jest prawdą, że: nigdy, zawsze, wszyscy, nikt. Zazwyczaj jest tak, że: czasem, niektórzy, ktoś, większość, mniejszość
Książka "Przed Bogiem" jest dla mnie jak niedobre kazanie. Można z niej jednak odnieść pożytek - bo trzeba się zastanowić, jak odpowiedzieć na pytania, jakie w niej z wielką pasją stawia Stanisław Obirek. Jeśli odcedzić jego zapalczywość i niesprawiedliwość, można dostrzec realne problemy. Zazwyczaj nie on pierwszy o nich mówi, nie czyni tego najbardziej odkrywczo. Ale mówi - także o sprawach, które większość wolałaby przemilczeć. O tych sprawach warto i trzeba będzie dalej rozmawiać i spierać się o nie, także z Obirkiem - już nie jezuitą. Szkoda, że nie będzie już jezuitą; szkoda, że pozostanie już na zawsze autorem tej książki; dobrze, że trzeba będzie rozmawiać o sprawach naprawdę ważnych.
Źródło: Gazeta Wyborcza